Tusk albo pozbędzie się Giertycha, albo Giertych zostanie platformerskim Macierewiczem
Ostatnie ustalenia Szymona Jadczaka i Karoliny Wysoty to dobry moment, by porozmawiać o Romku
Mija dwanaście dni od publikacji Szymona Jadczaka i Karoliny Wysoty, na portalu money.pl, na temat Romana Giertycha. I nic nie wskazuje na to, by jego partia, czyli Koalicja Obywatelska, planowała wyciągnąć wobec niego jakiekolwiek konsekwencje.
Co więcej, mija już prawie miesiąc od poprzedniej publikacji Jadczaka i Wysoty na temat Romana Giertycha. I tutaj również, nic nie wskazuje na to, by KO planowała cokolwiek z tym zrobić. W kontekście tego pierwszego tekstu, Donald Tusk nawet oświadczył, że “Nie zajmuję się praktyką adwokacką pana Romana Giertycha, niech on się sam tłumaczy ze swoich zawodowych dokonań czy różnych okoliczności”. Aha, no to spoko. Wprawdzie Giertych to jego prawnik, wiceprzewodniczący jego klubu i poseł jego partii, ale widocznie to jest bez znaczenia. Giertych jest tym wszystkim za dnia, ale co robi nocami, to pana premiera nie interesuje. Nawet jeśli sabotuje rozprawy sądowe, zatrudnia byłych neonazistów i transferuje sobie pieniądze z raju podatkowego za pomocą Rosjanki, która specjalizuje się w obsługiwaniu bogatych Rosjan w rajach podatkowych właśnie. Może i robi to wszystko, ale przynajmniej jest również fatalnym posłem, z którego obecności w szeregach rządzącej koalicji wynikają same problemy. Przede wszystkim dla nas wszystkich. Ale także dla samej koalicji.
Teraz (tzn. 12 dni temu) dziennikarze ustalili, że w latach 2012-2014 kancelaria Giertycha dostawała solidne przelewy z pewnego podmiotu o nazwie Utriusque Iuris Anstalt, zarejestrowanego w Lichtensteinie. Zarządcą była pracownica jego kancelarii, czyli de facto można powiedzieć, że Giertych wysyłał sobie pieniądze sam. Całkowicie normalna rzecz, gdy nie masz nic do ukrycia, prawda? I Lichtenstein, znany europejski raj podatkowy, to także kompletnie przypadkowy wybór.
W tym samym zarządzie co pracownica giertychowej kancelarii znalazła się z kolei Victoria Beninger, urodzona w Pietrozawodzku jako Wiktoria Olegowna Kriażewa. Rosjanka zajmująca się zawodowo reprezentowaniem rosyjskich firm, obsługa ich w rajach podatkowych, czyli de facto ułatwianiem im ukrywania swoich majątków w bezpiecznych miejscach. Dodatkowo, według autorów, kwoty i daty przelewów pokrywają się ze środkami, które Giertych miał, allegedly, wyprowadzać z firmy Polnord. Śledztwo w tej sprawie wlokło się latami, a za obecnego rządu zostało umorzone. Według dziennikarzy Wirtualnej Polski, w sposób co najmniej wątpliwy. W omawianym tu tekście jasno sugerują, że to właśnie lichtensteinska spółka z Rosjanką na pokładzie mogła być kanałem transferującym polnordowe pieniążki dla Romana.
Jadczak i Wysota dodatkowo twierdzą też, że “ci sami prawnicy, w tej samej willi, niemal w tym samym czasie założyli inny podmiot”. Chodzi o handlującą ropą firmę J&S, którą reprezentował ten sam prawnik, co UIA. Dwadzieścia lat temu ówczesny szef Agencji Wywiadu Zbigniew Siemiątkowski twierdził, a Giertych to powtarzał to za nim na komisji śledczej, że J&S została założona przez rosyjski wywiad w celu zmonopolizowania dostaw ropy dla Orlenu.
Tutaj autorzy powinni dodać, że taka koincydencja może mieć dość banalne wyjaśnienie. Otóż w rajach podatkowych, takich jak Lichtenstein, funkcjonują kancelarie prawne, które zajmują się wyłącznie tym - reprezentowaniem różnych wątpliwych, a czasem niekoniecznie legalnych podmiotów, rejestrowaniem ich pod jednym adresem (czasem mówimy o tysiącach firm wirtualnie działających w jednym biurze), zatajaniem ich aktywów, praniem pieniędzy, zapewnianiem im obsługi prawnej - a w efekcie bezkarności. Kilka lat temu Grzegorz Rzeczkowski ujawniał liczne “rosyjskie przypadki” wokół afery taśmowej, przy okazji nagłaśniając cypryjską kancelarię pana Vassiliadesa, która hurtowo obsługiwała rosyjskich “biznesmenów” i ich współpracowników.
Żeby mieć pojęcie o skali, warto przypomnieć sprawę Panama Papers. Dekadę temu dziennikarze śledczy ujawnili ponad 11 milionów dokumentów z zarejestrowanej w Panamie kancelarii Mossack Fonseca. Kancelaria założyła w 21 rajach podatkowych ponad 200 tysięcy fasadowych firm. Oczywistym jest, że wszystkie te firmy nie współpracowały ze sobą w ramach jakiejś jednej sieci. Po prostu korzystały z usług tej samej szemranej kancelarii. Podobne przypadki mają miejsce w kilku “rajskich” stanach USA. Polecam zobaczyć na Google Maps adres 209 North Orange Street w Wilmington w stanie Delaware. Parterowy budynek wygląda jakby mógł pomieścić co najwyżej przedszkole lub średnią firmę. Tymczasem zarejestrowano w nim ponad… 250 tysięcy firm. Tak, tysięcy.
Podobnie w przypadku Giertycha i J&S. Autorzy zdają się mocno sugerować jakieś proste powiązanie. Podczas gdy z tekstu wynika raczej, że to taka Mossack Fonseca czy kancelaria Vassiliadesa w miniaturze - jeden zdemoralizowany prawnik reprezentuje wiele słupów. Jedna z nich to J&S, inna to ten krzak wysyłający pieniądze Giertychowi, z jego pracownicą i Kriażewą w zarządzie. Wydaje mi się to celowym zabiegiem autorów, którzy - delikatnie mówiąc - nie kochają Romka. I mają ku temu powody, o czym za chwilę.
Nawet jeśli nie ma bezpośredniego powiązania Giertycha z J&S (a powiedziałbym, że nie ma), pozostałe są nadal skandaliczne, na poły przestępcze (szczególnie jeśli śledztwo w sprawie Polnordu rzeczywiście ukręcono na polityczne zlecenie), z wyraźnym rosyjskim śladem w tle. Śladem, który - mam nadzieję, że jest to dla wszystkich jasne - powinien być bezwzględnie wyjaśniony przez odpowiednie służby. I którego ujawnianie jest jak najbardziej w interesie publicznym. Mówimy o osobistym prawniku premiera, na litość boską.
Giertych może i nie współpracował z J&S, ale z pewnością nie miał moralnych oporów przed korzystaniem z szemranych spółeczek i zarabianiu z pomocą obsługującej rosyjskich “biznesmenów” fixerki. A także z - co wynika z drugiego ze wspomnianych na początku tekstów - skandalicznego sabotowania postępowania sądowego, w celu zniechęcenia poszkodowanych przez Getin Bank “frankowiczów” i zarobienia na tym kilku milionów złotych. A także przed wieloletnią współpracą z gościem, który lubił sobie w przeszłości zahajlować.

Wszystko to powinno być w zupełności wystarczające, by Giertycha w trybie przyspieszonym z partii eksmitować. Za mniejsze rzeczy Tusk potrafił swoich ludzi zawieszać, wyrzucać i publicznie mieszać z błotem. Materiału na Giertycha jest aż nadto. I było go wystarczająco dużo także trzy lata temu, gdy go do KO wciągano. W jednym z odcinków Podkastu Dezinformacyjnego opowiedzieliśmy historię Giertycha. Przypomnieliśmy, że nie zaczęła się ona w 2005 roku, gdy wszedł do rządu Jarosława Kaczyńskiego, tylko aż 16 lat wcześniej. Gdy Romek zostawał ministrem edukacji w rządzie PiS-Samoobrona-LPR, miał za sobą lata antyzachodniej retoryki, nawoływań do “ścisłego sojuszu z Rosją”, bycia nazywanym przez Dugina swoim przyjacielem, obrzydliwej mowy nienawiści i siania teorii spiskowych. Wszystko to powinno wystarczyć. Ale nie wystarczy.
Bowiem Giertych ma na Tuska dwa potężne haki. Po pierwsze: jest jego osobistym prawnikiem, więc, delikatnie mówiąc, wie rzeczy. Po drugie: jest centralną postacią proplatformerskiej siatki trolli i shitposterów na X. Siatki, która potencjalnie mogłaby zawsze zmienić front.
Prawdę mówiąc, nie wiem nawet, która z tych okoliczności jest gorsza. Obie przypominają podobne relacje w PiS. Prezes nie mógł się pozbyć ociekającego “rosyjskimi przypadkami” Macierewicza, bo zrobił z niego najpierw nadzorcę służb, potem papieża smoleńskiej religii, a na koniec jeszcze ministra obrony. Konfederacja przez lata nie mogła (inna sprawa: czy chciała) pozbyć się Grzegorza Brauna, bo wnosił jej swoje 2%, do łącznej puli 4-7% całej partii. Tusk nie może pozbyć się Giertycha, bo ten prowadzi w jego imieniu wojnę na social mediach.
I tutaj wypadałoby zadać pytanie: czy giertychowa krucjata jest aby na pewno dla Tuska korzystna. Obecny rząd ma już ponad dwa lata. W tym czasie Giertych i jego bojarzy (Piński, “Wiejski”, et consortes) nieustannie shitpostują na platformach, rozpowszechniają kłamstwa i pomówienia, tworzą piętrowe teorie spiskowe, obrażają kogo popadnie i uprawiają kult Tuska, który często niczym nie różni się od kultu Prezesa, uprawianego w pisowskich mediach. I po ponad dwóch latach tych wyczynów, z najbardziej spektakularnym festiwalem dezinformacji wokół ostatnich wyborów prezydenckich, ciężko stwierdzić, by choć raz wynikło z tego coś dobrego dla Tuska.
Rownodystansowcom artykuły piszą się same. Symetrystyczne zrównanie Giertycha i jego kliki z całym aparatem KO narzuca się samo, co oczywiście eksploatuje choćby Krzysztof Stanowski. Niebetonowy elektorat musi tym być wyłącznie obrzydzony. Kolejni giertychowi “liderzy opinii” stają się pośmiewiskiem i obiektem tysięcy memów (najlepsze są te z “Tomaszem Wiejskim”). KO traci wizerunek partii, która “nie robi tak jak PiS”, gdyż Giertych robi dokładnie tak jak PiS. Wzmacnia się za to przekonanie, że wszystko podporządkowane jest tylko interesowi partii i chronieniu “swoich”, choćby rzeczywistość krzyczała, że trzeba się ich pozbyć. Nawet jego start w wyborach nie dał właściwie nic. A przypomnę, że Romka celowo dano do okręgu z Kaczyńskim, który miał z tej okazji jakoby pobrudzić spodnie. Nic takiego się oczywiście nie stało. Giertych właściwie nie brał udziału w kampanii i dostał umiarkowanie dobry wynik 23 tysięcy głosów (osiem razy mniej od Kaczyńskiego). Jego obiecana lojalność w sprawach światopoglądowych skończyła się najdalej latem 2024 roku, gdy zagłosował przeciwko liberalizacji prawa do aborcji. Za co, nawiasem mówiąc, został ukarany bardzo symbolicznie i tylko czasowo.

Bezużyteczność Giertycha doskonale widać po ostatnich artykułach Jadczaka i Wysoty. Wraz ze swoimi akolitami odpalił kolejną kampanię pomówień i kłamstw (Piński, którego credibility jest zerowe, oskarżył Jadczaka o współpracę ze służbami), które tylko pogłębiają wrażenie, że dziennikarze trafili w czuły punkt. Giertych od dawna prowadzi osobistą wojnę z Szymonem Jadczakiem, którego jego sekciarze wprost oskarżają, że sprzedał się PiSowi. Jestem pierwszym, który przyzna, że Jadczak ma irytującą manierę, co jest w polskim światku medialnym dość powszechne, do przybijania się do pluszowego krzyża. Jestem jednak też pierwszym, który przyzna, że Jadczak w kolejnych dobrze udokumentowanych tekstach ujawnia to, co ujawnione być powinno. Absurdem jest robienie pisowca z dziennikarza, który w ciągu ostatnich dwóch lat ujawnił m.in. jak pisowcy przepychali 300 milionów na inwestycję PZPN, jak Żaryn kupił wątpliwej wartości “fortepian Paderewskiego”, jak ustawkowi koledzy Nawrockiego działali w zorganizowanej przestępczości, czy jak pisowski minister robił wałki na działce pod CPK.
Ma to jeszcze jeden wymiar. Otóż od lat po stronie KO i okolic trwa dyskusja nad tym, jak z PiS wygrywać. Jeden z popularnych poglądów głosi, że trzeba walczyć z Nowogrodzką jej metodami. Mieć własne farmy trolli, kłamać ile wlezie i bez jakichkolwiek moralnych hamulców, uprawiać kult lidera, robić nagonki na wrogów, hejtować i obrażać, kolportować fejki itd. itp. Ja zawsze stałem na pozycji, że to droga do szybkiego upadku. A wiara, że “zrobimy to co oni, ale w dobrej sprawie” jest naiwna, bo bardzo szybko okaże się, że “dobra sprawa” jest tożsama z “ich sprawą”.
Roman Giertych każdego dnia udowadnia mi, że mam rację. I albo Tusk w końcu się go pozbędzie, albo Giertych zostanie platformerskim Macierewiczem. To znaczy: bardziej niż teraz.



Dziękuję Ci za intelektualną uczciwość. giertych to jeden z najgorszych polityków na polskiej scenie - i bardzo dobrze, że miałeś odwagę, by o tym powiedzieć otwarcie.